top of page
  • Facebook
  • Instagram
  • substack-no-bg
Otwarta książka w kształcie oka z symbolem MY Autorzy™ w źrenicy – grafika cyklu „Okiem Redakcji”

Okiem redakcji. Ile z tego wydarzyło się naprawdę?

Artykuły redakcji

Ile prawdy potrzebujemy, by uwierzyć w opowieść? Redakcja przygląda się temu, dlaczego tak chętnie szukamy rzeczywistych wydarzeń, osób i emocji ukrytych za fikcją – i czy prawdziwość rzeczywiście czyni historię bardziej wiarygodną.

Wystarczy jedno zdanie na okładce albo stronie tytułowej: „inspirowane prawdziwymi wydarzeniami”. Historia jeszcze się nie zaczęła, bohaterowie nie zdążyli niczego zrobić, a my już czytamy inaczej. Scena, którą bez tego dopisku uznalibyśmy za efekt wyobraźni autora, nagle prowokuje inne pytanie: naprawdę ktoś to przeżył?


To pytanie wraca zadziwiająco często. Pojawia się po powieściach historycznych, thrillerach, historiach rodzinnych, romansach, książkach wojennych i obyczajowych. Czy ta postać istniała? Czy ten dom jest prawdziwy? Czy autor znał takiego człowieka? Czy sam tego doświadczył? Nawet kiedy na okładce wyraźnie stoi „powieść”, część czytelników zaczyna po lekturze własne śledztwo.


Nie chodzi wyłącznie o ciekawość kulis powstawania książki. W pytaniu „ile z tego jest prawdą?” kryje się coś więcej. Chcemy wiedzieć, czy historia miała swój odpowiednik poza papierem, bo taka informacja potrafi zmienić ciężar tego, co właśnie przeczytaliśmy.


Jeżeli bohater traci rodzinę w wymyślonej katastrofie, możemy przejąć się jego losem, zapamiętać scenę, nawet płakać. Kiedy jednak dowiadujemy się, że podobne wydarzenie spotkało konkretną osobę, fikcja nagle dotyka rzeczywistości. To samo zdarzenie przestaje być tylko możliwością stworzoną przez autora. Okazuje się czymś, co świat naprawdę potrafi zrobić człowiekowi.


Badania nad odbiorem opowieści pokazują jednak, że dopisek „na podstawie prawdziwych wydarzeń” nie działa jak prosty wzmacniacz emocji. W jednym z eksperymentów pomagał przede wszystkim wtedy, gdy opowiadana historia wydawała się odbiorcom mało prawdopodobna. Informacja o jej prawdziwości zwiększała wiarygodność. Inne badanie, przeprowadzone na dużej grupie uczestników, nie wykazało natomiast, by sama etykieta prawdziwości automatycznie zwiększała zanurzenie, ocenę historii czy przyjemność z lektury.



I właśnie tutaj robi się ciekawie.


Być może nie potrzebujemy prawdziwości po to, żeby mocniej przeżywać każdą opowieść. Potrzebujemy jej wtedy, gdy historia wystawia na próbę nasze przekonanie o tym, co w ogóle jest możliwe.


Niektóre ludzkie biografie wyglądają na gorzej wymyślone niż fikcja. Zbiegi okoliczności, ocalałe listy, przypadkowe spotkania po dziesięcioleciach, zdrady, katastrofy, nagłe awanse i upadki. W powieści część z nich redaktor mógłby uznać za przesadę. W życiu nie można zażądać od rzeczywistości poprawienia scenariusza.


Dlatego słowa „wydarzyło się naprawdę” bywają dla opowieści rodzajem przepustki. Pozwalają uwierzyć w to, czemu nie uwierzylibyśmy autorowi.



Tyle że czytelnik szybko chce więcej.


Gdy tylko dowiadujemy się, że historia ma rzeczywisty fundament, zaczynamy przesuwać granicę. Już nie wystarcza nam informacja, że wydarzenia były „inspirowane”. Chcemy wiedzieć, które. Chcemy oddzielić osoby istniejące od wymyślonych, prawdziwe miejsca od dekoracji, zachowane rozmowy od dialogów napisanych przy biurku.



W pewnym momencie przestajemy pytać o książkę, a zaczynamy pytać o autora.


Czy to przydarzyło się jemu? Czy bohaterka jest jego matką? Czy małżeństwo z powieści przypomina jego własne? Czy pod zmienionymi imionami ukrył ludzi, których znamy z jego biografii?


To szczególnie interesujący moment, ponieważ literatura daje autorowi prawo do zmyślenia wszystkiego, a mimo to odbiorca często próbuje odzyskać spod fikcji jakiś „oryginał”. Jakby wyobraźnia była tylko warstwą nałożoną na rzeczywistość, którą przy odrobinie cierpliwości da się zdrapać.



Nie zawsze da się to zrobić. I nie zawsze powinno.


Pisarz może zaczerpnąć z własnego życia jedno uczucie, przenieść je do innego miasta, dać je postaci odmiennej płci, zmienić okoliczności, czas i rezultat. Co wtedy jest prawdziwe? Zdarzenie, którego nigdy nie było, czy emocja, która rzeczywiście została przeżyta?


Tu proste rozróżnienie na fakt i fikcję zaczyna się rozpadać. Autobiograficzny detal nie musi czynić powieści bardziej prawdziwą, a całkowicie wymyślona scena może precyzyjnie opisywać doświadczenie znane tysiącom ludzi.


Literatura ma zresztą szczególny przywilej: może powiedzieć prawdę o człowieku, opisując coś, co nigdy się nie wydarzyło.


Problem zaczyna się wtedy, gdy „prawdziwa historia” staje się obietnicą większą niż sam tekst. Czytelnik może przyjść po autentyczność i zamiast czytać powieść, bez końca kontrolować jej zgodność z rzeczywistością. Każde odstępstwo zaczyna wyglądać jak oszustwo, choć literatura nie jest protokołem przesłuchania.


Z drugiej strony autorzy i wydawcy wiedzą, jak silnie działa obietnica autentyczności. „Na faktach”, „inspirowane życiem”, „historia, która wydarzyła się naprawdę” to sformułowania, obok których trudno przejść obojętnie. Niosą sugestię, że za książką znajduje się drugi tekst: niewidzialna historia, którą można próbować odtworzyć.



Może właśnie dlatego tak chętnie pytamy później: „ile było prawdy?”.


Być może nie chodzi więc o to, że fikcja nam nie wystarcza. Po dobrej historii trudno pogodzić się z tym, że jej świat kończy się na ostatniej stronie. Jeśli istniał naprawdę choć w części, możemy zrobić jeszcze jeden krok. Sprawdzić nazwisko. Miejsce. Fotografię. Los człowieka, który być może stał za bohaterem.


A czasem odkryć coś bardziej niewygodnego: że fakt, na którym tak bardzo nam zależało, wcale nie był tym, co w książce zabrzmiało najprawdziwiej.

Krzysztof Wegner – autor powieści „Tajemnice Grabiny – Między cieniami i namiętnością”, założyciel i redaktor naczelny magazynu MY Autorzy™

Krzysztof Wegner

Autor powieści, założyciel i redaktor naczelny magazynu literackiego MY Autorzy™

bottom of page