top of page
  • Facebook
  • Instagram
  • substack-no-bg
Otwarta książka w kształcie oka z symbolem MY Autorzy™ w źrenicy – grafika cyklu „Okiem Redakcji”

Okiem redakcji. Kto ustawił cenę na zero?

Artykuły redakcji

Kiedy darmowa książka jest świadomym wyborem autora, a kiedy ktoś inny decyduje o jej cenie za niego? W cyfrowym obiegu granica między legalnym udostępnieniem a nieautoryzowanym rozpowszechnianiem potrafi szybko się zatrzeć. Przyglądamy się temu, co dzieje się z książką, zanim trafi do czytelników.

Najgorszy moment dla autora nie zawsze przychodzi wtedy, gdy książka się nie sprzedaje. Czasem przychodzi wtedy, gdy odkrywa, że jest czytana albo słuchana przez tysiące osób, tylko nie tam, gdzie miała być dostępna. Otwiera stronę, widzi swój tytuł, swoją okładkę, swoje nazwisko. Pod spodem rośnie licznik. Ktoś wrzucił cały audiobook. Ktoś inny rozesłał PDF. Autor dowiaduje się o własnej „dystrybucji” jako ostatni. 


E-book pobrany z podejrzanej strony to tylko jeden z wariantów. Skan książki trafia do zamkniętej grupy, EPUB do komunikatora, audiobook do serwisu wideo, a link do folderu w chmurze wędruje między kolejnymi osobami. Taki obieg bywa publiczny, innym razem zaczyna się od niewinnego „podeślij mi”, a później wychodzi daleko poza prywatny krąg. Plik, link, przycisk „odtwórz” nie wyglądają groźnie. A jednak publikacja krąży tam, gdzie nigdy nie została udostępniona. 


Jest w tym jeszcze jeden osobliwy szczegół: pod nieautoryzowanym nagraniem czy plikiem pojawiają się podziękowania dla osoby, która go udostępniła. Dla odbiorcy może to wyglądać jak zwykła uprzejmość za znaleziony plik. Tymczasem ktoś dostaje uznanie za przekazanie dalej cudzej pracy, której nie miał prawa samodzielnie wprowadzać do obiegu. 


MY Autorzy™ można czytać cyfrowo bezpłatnie. Można też udostępniać nasze wydania dalej. To świadoma decyzja redakcji. Przy książce warunki mogą być inne: e-book jest sprzedawany, rozdawany, dostępny w abonamencie albo objęty ograniczoną dystrybucją. Ustala je ten, kto ma do tego prawo. 


W przypadku papierowej książki granice są łatwiejsze do zauważenia. Egzemplarz stoi na półce, można go wziąć do ręki, pożyczyć, odsprzedać. Plik nie zostawia po sobie pustego miejsca. Po skopiowaniu nadal znajduje się u osoby, która miała go wcześniej. Nie ubywa sztuki w magazynie, nie znika egzemplarz z regału. To właśnie sprawia, że przesłanie go dalej wydaje się czynnością niemal obojętną. 


Po kilku przesłaniach zaciera się też historia jego pochodzenia. Dla kolejnego odbiorcy źródło przestaje być oczywiste. Na czytniku nie ma etykiety „legalny” albo „wrzucony bez zgody”. Format niczego nie zdradza: EPUB się otwiera, PDF wygląda zwyczajnie, audiobook brzmi jak każdy inny. Osoba, która dostaje taki plik od znajomego, nie zawsze wie już, skąd wziął się pierwszy link. Każda kolejna kopia wygląda coraz bardziej zwyczajnie, choć punkt wyjścia pozostaje ten sam. 



Sam plik rzeczywiście można skopiować w sekundę. Książki nie. 


Zanim czytelnik zobaczy gotową publikację, twórca potrafi spędzić nad nią miesiące albo lata. Wraca do rozdziałów, usuwa sceny, przepisuje dialogi, poprawia to, co jeszcze wczoraj wydawało się skończone. Później tekst przechodzi przez redakcję, korektę i skład, dostaje okładkę, trafia do druku albo jest przygotowywany w formatach cyfrowych. Wersja audio oznacza kolejną produkcję: nagranie, pracę lektora, realizację dźwięku, montaż i poprawki. Gotowy plik jest finałem tego procesu. 


Nie każde pobranie z nieautoryzowanego źródła oznacza jedną utraconą sprzedaż. Tego nie wiemy i nie będziemy udawać, że wiemy. Część osób zapewne nie kupiłaby danego tytułu. Słowa „i tak bym nie kupił” nie zmieniają jednak pochodzenia pliku. Brak zamiaru zakupu nie sprawia, że źródło staje się legalne. 


Bezpłatny dostęp może służyć promocji. Autorzy i wydawnictwa korzystają z niego świadomie: udostępniają fragmenty, pierwsze tomy, egzemplarze recenzenckie albo czasowo całe tytuły. O takiej akcji powinien zdecydować uprawniony. Wrzucenie całej książki lub audiobooka bez zgody nie staje się marketingiem tylko dlatego, że ktoś tak je nazwał. 


Potem zaczyna się żmudna część. Autor znajduje własny utwór w miejscu, w którym nie powinno go być. Zbiera linki, robi zrzuty ekranu, sprawdza, gdzie zgłosić naruszenie, pisze do platformy albo wydawcy. Plik może zostać usunięty, ale w tym czasie kopia mogła już trafić dalej. Szukanie kolejnych wersji zabiera godziny, które można by przeznaczyć na pisanie, promocję albo zwykłe życie. Usunięcie jednego linku nie cofa wcześniejszych pobrań. Ta sama kopia może wrócić pod inną nazwą, w innym serwisie albo w prywatnym folderze, którego twórca nigdy nie zobaczy. 


Czytanie bez płacenia nie musi oznaczać naruszenia. Biblioteka, legalny abonament czy książka udostępniona przez autora za darmo nie mają nic wspólnego z piractwem. To samo dotyczy domeny publicznej i przewidzianego prawem dozwolonego użytku. 


Zakup e-booka czy audiobooka nie daje swobody dalszego rozpowszechniania utworu. Daje dostęp do treści na określonych zasadach, nie prawa autorskie do niej. To samo dotyczy papierowego egzemplarza: posiadanie książki nie oznacza prawa do tworzenia i rozdawania kolejnych kopii jej treści. 


W cyfrowym obiegu znaczenie ma też język. „Podeślę ci książkę” brzmi lekko. „Mam cały audiobook, dam link” także. Znacznie ciężej brzmi „rozpowszechnię cudzy utwór bez zgody”, choć czasem opisujemy w ten sposób tę samą czynność. Kopiowanie jest szybkie, niewidoczne i nie wymaga kontaktu z osobą, której utwór właśnie trafia do obiegu. 


Łatwość techniczna nie oznacza zgody. To, że plik istnieje, ktoś go wrzucił i da się go pobrać jednym kliknięciem, nie mówi nic o tym, czy powinien tam być. 


MY Autorzy™ może kosztować czytelnika zero, bo tak zdecydowaliśmy. Książka innego twórcy również może być darmowa, jeśli tak zdecydowali uprawnieni. 


Cena nie jest problemem. Pytanie brzmi: kto miał prawo ją ustawić? 



Stanowisko redakcji 


W MY Autorzy™ bezpłatna wersja cyfrowa jest świadomym wyborem redakcji. Tego samego prawa do decydowania o warunkach udostępniania bronimy w przypadku autorów, wydawców i innych uprawnionych. Darmowy dostęp jest uczciwy, gdy odbywa się na zasadach ustalonych przez uprawnionych albo dozwolonych prawem. Gdy ktoś poza tymi zasadami rozpowszechnia pełny utwór bez zgody, nie można nazywać tego promocją. Bezpłatność nie oznacza dowolności. 



Apel do czytelnika


Zanim pobierzesz lub prześlesz dalej pełną książkę, sprawdź źródło. Jeśli autor lub inny uprawniony udostępnił ją bezpłatnie, korzystaj. Jeśli nie, upewnij się, że masz prawo przekazać ją dalej. 

Krzysztof Wegner – autor powieści „Tajemnice Grabiny – Między cieniami i namiętnością”, założyciel i redaktor naczelny magazynu MY Autorzy™

Krzysztof Wegner

Autor powieści, założyciel i redaktor naczelny magazynu literackiego MY Autorzy™

bottom of page