top of page
  • Facebook
  • Instagram
  • substack-no-bg
Maciej Zakliczyński – autor powieści „Bezruch”

Najtrudniej ruszyć się z miejsca. Maciej Zakliczyński i „Bezruch”

Autorzy i rozmowy

Najważniejsze sprawy rzadko kończą się hukiem. Częściej wygasają po cichu: odłożona rozmowa, niewykonany telefon, gest, na który zabrakło odwagi. Maciej Zakliczyński z takich chwil buduje „Bezruch” – opowieść o więziach, winie, samotności i konsekwencjach odkładania życia na później.

Ruch, zanim pojawiło się słowo 


Zanim zaczął opowiadać historie prozą, przez lata pracował z innym językiem. Jest kulturoznawcą i teatrologiem, zajmował się choreografią, reżyserią i ruchem scenicznym, przygotowywał widowiska. To doświadczenie nie stanowi dekoracyjnego przypisu do literackiego debiutu. Przeciwnie, pozwala ciekawiej spojrzeć na książkę, której tytuł wyrasta z doświadczenia bezczynności i zawieszenia. 


Teatr wie, że gest nie rodzi się dopiero w chwili, gdy aktor unosi rękę. Jego początek bywa ukryty wcześniej: w napięciu, oczekiwaniu, wahaniu. Bezczynność potrafi też znaczyć więcej niż wykonana czynność. Ktoś stoi, choć powinien odejść. Milczy, mimo że sytuacja domaga się odpowiedzi. Nie wyciąga dłoni, choć jeszcze przed momentem wydawało się, że to zrobi. 


Podobny mechanizm działa w kontaktach między ludźmi opisanych w książce. Największy ciężar nie zawsze mają działania bohaterów. Niekiedy więcej znaczy to, czego zabrakło wtedy, gdy należało zareagować. 


Nie chodzi o prostą tezę, że choreograf został prozaikiem i przeniósł na papier język sceny. Literaturze nie służy tak łatwy klucz. Ciekawsze jest co innego: twórca ma za sobą lata myślenia rytmem, obecnością i napięciem pomiędzy postaciami, a po sięgnięciu po literacką narrację wybiera temat, w którym niewykonana reakcja sama urasta do rangi zdarzenia. 



Kryzys bez fajerwerków 


„Bezruch” otwiera przestrzeń dobrze znaną literaturze: doświadczenie połowy życia. Autor nie wykorzystuje jednak tego motywu jako pretekstu do efektownej przemiany. Nie interesuje go pocztówkowa wersja przełomu, w której bohater rzuca dotychczasową codzienność, kupuje motocykl, wdaje się w romans i próbuje odzyskać młodość. 


Jego postacie są znacznie mniej widowiskowe. To, jak mówi sam pisarz, „ludzie w kryzysie wieku średniego, którzy nie krzyczą, tylko milkną”. 


Ta cisza ustawia ton całej historii. Załamanie nie przychodzi jak alarm. Bardziej przypomina proces, który przez długi czas można pomylić ze zmęczeniem, rutyną albo gorszym tygodniem. Coś uwiera, lecz trudno wskazać chwilę, w której nastąpiło przesunięcie. Związek nadal istnieje. Przyjaźń formalnie trwa. Praca się nie skończyła. Dzień wygląda podobnie jak poprzedni. A jednak sposób uczestniczenia w tym porządku jest już inny. 


W jednym z fragmentów narrator pyta: „czy można złapać ten moment, tę sekundę zaraz po wystąpieniu impulsu”. 


To pytanie otwiera jeden z najważniejszych tematów powieści: moment, w którym rodzi się wybór. Czy naprawdę wiadomo, w jakim punkcie rezygnacja przestaje być epizodem? Czy istnieje jedna granica prowadząca do bierności, czy raczej setki drobnych sytuacji, w których za każdym razem wybiera się jeszcze jeden dzień zwłoki? 


Zakliczyński nie szuka efektownej odpowiedzi. Interesuje go trwanie w takim stanie. 



Wina złożona z drobiazgów 


Jednym z mocniejszych wątków jest poczucie winy, ale również ono nie pojawia się w najprostszej postaci. Nie ma jednego czynu, który można wskazać palcem i powiedzieć: tutaj nastąpił przełom. 


Odpowiedzialność narasta z zaniedbań: z rozmowy odłożonej na później, z niewykonanego telefonu, z sygnału zignorowanego dlatego, że akurat nie było czasu. Z przekonania, że drugą osobę można uspokoić jutro. Z myśli, że skoro nie wydarzyło się nic spektakularnego, sytuacja jeszcze nie wymknęła się spod kontroli. 


Właśnie zaniechanie okazuje się tu ciekawsze niż pojedynczy dramatyczny gest. Bierność pozwala bohaterowi długo nie myśleć o sobie jak o sprawcy. Daje wygodne złudzenie neutralności. Pozwala powiedzieć sobie: nie skrzywdziłem, nie zdradziłem, nie odszedłem, nie wypowiedziałem niczego, czego należałoby żałować. 


Tyle że skutki nie znikają tylko dlatego, że nie poprzedził ich jeden wyraźny czyn. Niewykonana czynność potrafi okazać się najważniejszym zdarzeniem. Więź nie musi przeżyć jednej katastrofy, żeby się rozpaść. Wystarczy długi ciąg małych nieobecności. 


Pisarz dobrze wyczuwa strefę pomiędzy winą a bezradnością. Nie ustawia głównej postaci pod ścianą i nie wydaje wyroku. Pozwala jej tkwić w położeniu, które z zewnątrz może irytować, a od środka wydaje się niemal niemożliwe do przerwania. W tym sensie debiut jest nie tyle opowieścią o braku wyboru, ile o cenie jego odsuwania. 



Bliskość nie chroni przed samotnością 


Drugim ważnym polem są związki partnerskie i przyjacielskie. Nie zostają jednak rozdzielone na dwa osobne tematy. Łączy je wspólna kwestia: jak można być blisko drugiej osoby i jednocześnie stopniowo tracić z nią kontakt?


Osamotnienie nie musi oznaczać pustego mieszkania. Da się dzielić z kimś przestrzeń, wspomnienia, znajomych i codzienne obowiązki, a mimo to coraz rzadziej naprawdę się spotykać. Można znać cudze przyzwyczajenia i nie wiedzieć, co przeżywa druga osoba. Da się mieć obok siebie innych, pozostając poza ich emocjonalnym zasięgiem.


Miłosz Brzeziński zwraca w recenzji uwagę na ten problem. Centralna postać próbuje się komunikować, lecz jej słowa i działania rozmijają się z właściwym czasem, miejscem albo odbiorcą. Brzeziński proponuje nawet drugi, prywatny tytuł dla książki: „bezwład”. 


To ciekawe dopowiedzenie, ponieważ bezwład nie jest tożsamy z bezczynnością. Pierwsze może być skutkiem utraty kontroli, drugie bywa świadomym wyborem. Trwa się siłą wcześniejszych rozstrzygnięć, przyzwyczajeń, zobowiązań i lęków. Kolejne dni następują po sobie, więzi formalnie istnieją, obowiązki są wykonywane, a mimo to coraz trudniej odpowiedzieć na prostą kwestię: po co ten układ nadal trwa? 


W tym miejscu książka dotyka doświadczenia bardzo współczesnego, choć obywa się bez wielkich społecznych diagnoz. Wystarcza obserwacja jednostki, która nauczyła się funkcjonować tak sprawnie, że otoczenie nie musi dostrzegać pęknięcia. 


Można rozsypywać się bardzo dyskretnie. 



Tempo, które odmawia pośpiechu 


Powieść stawia czytelnikowi jeden warunek: trzeba zgodzić się na jej tempo. 


Fabuła nie została skonstruowana jako szereg zwrotów akcji. Napięcie wyrasta z powrotów, pauz, obserwacji i opóźnień. Dla części czytelników będzie to wymagające, bo współczesna kultura przyzwyczaiła nas do szybkiej nagrody. Kolejny odcinek ma skończyć się cliffhangerem, następny rozdział dostarczyć impulsu, dalszy etap potwierdzić, że narracja zmierza naprzód. 


Tu bywa inaczej, a powolność staje się częścią doświadczenia głównej postaci. Odbiorca pozostaje w sytuacji, która sama domaga się przełomu. Rodzi się irytacja, niecierpliwość, niekiedy zapewne chęć potrząśnięcia kimś, kto wciąż zwleka. Zrób coś. Powiedz. Wyjdź. Zadzwoń. Przestań czekać. 


Tekst konsekwentnie pokazuje jednak, że takie wezwania łatwo wypowiedzieć z zewnątrz, znacznie trudniej zaś zastosować je do własnego życia. 


Także język potrafi przyspieszać i gęstnieć. W przytoczonym fragmencie myśl narratora przeskakuje między lękiem, ciałem, codziennością, absurdem i skojarzeniami. Niepokój nie jest elegancko uporządkowany. Atakuje z wielu stron jednocześnie. Dopiero później powraca pytanie o chwilę, w której zwyczajność nabrała innego ciężaru. 


Ten rytm ma znaczenie. Wewnętrzne przesilenie nie rozwija się równomiernie. Przez tygodnie pozornie nic się nie zmienia, po czym jedno spojrzenie, wiadomość albo banalny szczegół uruchamia lawinę myśli. 



Połowa życia bez wielkich słów 


Najciekawsze w tej prozie jest być może to, że autor nie próbuje uczynić z wieku średniego wielkiej metafizyki. Postacie nie dostają wygodnego języka, którym mogłyby natychmiast objaśnić własne położenie. Są raczej w środku procesu. 


To istotne, bo ten moment życia ma szczególny potencjał literacki. Za sobą ma się już wystarczająco długą przeszłość, by dostrzegać następstwa własnych wyborów, a przed sobą nadal dość przyszłości, aby przynajmniej teoretycznie móc obrać inny kierunek. Pomiędzy tymi perspektywami rodzi się swoiste napięcie. 


Nie chodzi jedynie o pytanie: co zrobiłem ze swoim życiem? Równie ważne brzmi: co jeszcze jestem gotów z nim zrobić? 


Odpowiedź nie jest prosta, ponieważ zmiana po czterdziestce czy pięćdziesiątce nie dotyczy wyłącznie jednej osoby. Wokół są bliscy, rodzina, przyjaciele, praca, nawyki, zobowiązania i wspólna przeszłość. Każdy zwrot może naruszyć układ budowany latami. 


Lecz pozostawanie w miejscu także nie jest obojętne. 


Wtedy tytuł powieści pracuje najmocniej. „Bezruch” przestaje oznaczać spokój. Nabiera znaczenia działania rozłożonego w czasie. 



Co zostaje, kiedy nic się nie zmienia 


Zakliczyński debiutuje powieścią zbudowaną wokół pozornie skromnego punktu wyjścia. Nie tworzy świata od zera, obywa się bez wielkiej historycznej panoramy i sensacyjnego mechanizmu. Patrzy na jednostkę wtedy, gdy zewnętrznie niewiele się dzieje, a wewnątrz dokonuje się niemal całkowite przesunięcie. 


To ryzykowny wybór, bo wymaga zaufania do detalu, rytmu i psychologicznego napięcia, a także zgody na brak natychmiastowego rozstrzygnięcia oraz postać, której zachowania bywają trudne do zaakceptowania. Być może dlatego wcześniejsze doświadczenie artysty w teatrze jest tak ciekawym kontekstem dla tej prozy. Na scenie znaczenie nie musi znajdować się w centrum reflektora. Może narodzić się w pauzie, niedokończonym geście albo ciszy przeciągniętej o sekundę. 


Ta sekunda rozciąga się tu na całe życie. 


Siła finału nie wynika z pytania, czy człowiek powinien się zmienić. To byłoby zbyt proste. Istotniejsze okazuje się coś innego: w którym punkcie brak zmiany sam nabiera charakteru wyboru? Gdzie milczenie urasta do rangi odpowiedzi? Jak długo odsuwanie rozstrzygnięcia pozostaje zawieszeniem, zanim przeobrazi się w sposób istnienia? 


Nie każda decyzja ma postać ruchu. 

Maciej Zakliczyński – autor powieści „Bezruch”

Maciej Zakliczyński

Dziś swoje historie opowiada słowem.

bottom of page